'The End' 2005-10-21 18:26:23

Jako, ze w ciagu dwoch dni uslyszalam kilka razy pytanie 'Dlaczego nie zakonczylas bloga?', postanowilam niniejszym to uczynic.

Mam dwa wybory: albo hollywoodzki, czyli napisac po prostu 'The End' w ostatniej notce, albo taki troche bardziej rozbudowany.

Sposob hollywoodzki pewnie nie zostalby mi wybaczony, wiec napisze kilka slow wiecej.

Wrocilismy do Polski i szybko zostalismy zderzeni z nasza szara rzeczywistoscia. Okecie nijak sie ma do lotniska w Los Angeles, ba, nawet do tego - bardziej lokalnego - lotniska we Frankfurcie. Szaro, buro, w lazienkach brudno. Zamiast milej obslugi - panowie pracujacy tam za czasow glebokiego PRL-u.

Jeszcze w niedziele mielismy slonce, lato, ocean, a juz w poniedzialek chlod i chmury. W srode bylam juz w Poznaniu, na uczelni. Nalezalo przystosowac sie do zupelnie innego trybu zycia.

W Polsce jest juz jesien.

Jeszcze przed wyjazdem, gdy rozmawialismy z Matim o tym, co i gdzie chcielibysmy robic w przyszlosci, ja zawsze mialam poczucie, ze chce mieszkac w Polsce. Mati w prawdzie nie mowil w prost, ze chce wyemigrowac, ale dopuszczal taka mozliwosc, zafascynowany tym, co mozna osiagnac na Zachodzie.

Wyjazd do Stanow byc moze nie przyniosl nam ogromnej kasy, ale na pewno nauczyl nas jednego: jak zle nie byloby w Polsce, w Stanach i tak nie znajdziemy nic lepszego. Byc moze tam mozna zarobic wiecej, mozna byc cale zycie sprzataczka i rownoczesnie miec samochod, ale to nie jest nasz cel. Naszym celem jest cos wiecej.

W Stanach mozna wygodnie zyc, nawet jesli nie ma sie zadnych aspiracji. Ale my je posiadamy i wszystkie te marzenia mozemy juz zrealizowac w Polsce. Gdybysmy byli pietnascie lat starsi, byc moze Stany zdolalyby nas zafascynowac. Lecz nie jestesmy.

Te wakacje pozbawily nas kompleksow. Nauczyly, ze Polska, mimo wielu wad, jest swietnym krajem. Mimo brudu, szarowki, wrednych pan w dziekanacie i wiecznie zmartwionych ludzi, Polska jest lepszym krajem.

Tylko tutaj bowiem ludzie mowia po polsku. Tylko tutaj gotuje sie bigos i pomidorowke. Tutaj mamy gory, morze i jeziora. Tutaj chodzac ulicami miasta mozna zastanawiac sie, jak to miasto wygladalo kilkaset lat temu.

Tutaj Gwiazdka jest czyms wiecej niz tylko plastikowym mikolajem w supermarkecie, a 1 listopada pali sie luna zniczy na cmentarzach.

Tutaj sa nasze Rodziny.

Tu jest wszystko.

Agata

skomentuj (1)

:) 2005-10-04 22:21:11

Jestesmy w juz w Polsce:)
Napisze wiecej, gdy bede miala troche czasu, narazie musze pedzic na uczelnie;)

Agata

skomentuj (0)

Wyjezdzamy 2005-09-28 23:20:50

Dzis byl przedostatni dzien w pracy. Ciagle zastanawiamy sie, czemu ludzie byli tu dla nas tacy mili - czy dlatego, ze tacy po prostu sa, a moze rzeczywiscie nas bardzo polubili?

Staralismy sie pomagac wszystkim jak tylko moglismy. Wychodzilismy z zalozenia, ze za to nam placa, wiec jest to niejako nasz obowiazek. Jednak tutaj bardzo sie ceni kazda pomoc, co jest wedlug mnie bardzo mile i sprawia, ze ludzie maja wieksza ochote do pracy. Czerpia z niej wrecz przyjemnosc.

Dzisiaj zorganizowali nam cos w rodzaju pozegnalnego przyjecia:) Kupili wielki tort, ktorym objadal sie caly departament housekeepingu:) To bylo naprawde mile;)

Mati mial wyrzuty sumienia, z powodu tego tortu, mnie tez bylo troche glupio. No bo przeciez nie zrobilismy nic specjalnego, prawda?

Za to Oni bardzo nam pomogli. Bethany, ktora podwozila nas codziennie do i z pracy. Jerrison, Linda, Ty i Daniel tez podrzucili nas pare razy. Zupelnie bezinteresownie. Co nie znaczy, ze im sie nie odwdzieczymy - ale to jutro. Bardzo opiekunczym okazal sie rowniez nasz Szef - Mike. Szef wszystkich szefow, moznaby rzec. Takiego chcialabym miec w przyszlosci - wyrozumialy, zawsze wyciagnal pomocna dlon. Wielki, pogodny, gadatliwy facet. Swietny czlowiek:) A oprocz niego cala reszta, ktorych imiona dlugo by wymieniac...

Troche zal wyjezdzac, wlasnie przez tych ludzi. Chcialabym pracowac wsrod ludzi o takiej pogodzie ducha, takim poczuciu humoru, wsrod ludzi tak milych i przyjaznych. Nie, nie mam zamiaru zrobic kariery jako sprzataczka i Mati pewnie tez nie, ale mam nadzieje, ze moze kiedys uda nam sie znalezc takie miejsce pracy.

Chociaz moze tylko ludzie, ktorzy zarabiaja najmniej w calym szpitalu, ludzie, ktorzy nie zadeptuja sie w pogoni za kariera, lepszym stanowiskiem, wieksza placa, moze tylko oni sa naprawde szczesliwi...?

Agata

skomentuj (1)

. 2005-09-27 16:06:43

Dlugo nie pisalam...

A to tylko dlatego, ze ostatnio stalismy sie tytanami pracy. Siedzimy w szpitalu po 16 godzin dziennie, co z dojazdami zajmuje nam wiekszosc doby, tak ze spimy po 5 - 6 godzin:) Ale co tam, raz sie zyje:)

Mam tyle do opisania, ze gdybym miala komputer gdzies pod reka w szpitalu, to pewnie napisalabym powiesc. Ale nie mam, a po powrocie jestem tak wyczerpana, ze nie potrafie trzech zdan logicznie sklecic.

Fakty natomiast sa nastepujace:

* Wyjezdzamy juz w piatek o swicie. O 9 mamy samolot z St. Louis
* Najprawdopodobniej uda nam sie dotrzec na wschodnie wybrzeze, tak wiec 'przelecimy' cale Stany:))
* Idziemy do Disneylandu, ale na rollercostera nie wsiade:)
* Komputer musze kupic
* Kupilismy wczoraj jeszcze jedna walizke, bo w dwie sie nie spakujemy (w cos trzeba upchnac te oscyloskopy, generatory i ksiazki:))
* Jezeli jechac do Stanow do pracy, to tylko sprzatac w Herrin Hospital, tam sa najmilsi ludzie
* Kierowcy taksowek to swiry, maja najgorsze samochody i NIE posiadaja taksometrow. Licza sobie 'za twarz' (no, prawie:))
* Sprzataczka jest najczesciej niewidzialna, no, chyba, ze jest z Polski:)

Narazie to tyle:) W tym tygodniu mamy zamiar sobie juz odpuscic, wiec napisze wszystko to (albo prawie:)), czego nie zdazylam napisac wczesniej:)

Agata

skomentuj (3)

. 2005-09-18 23:59:58

Za dwa tygodnie bedziemy w Polsce:) No, raczej za dwa tygodnie i jeden dzien, ale to juz bez roznicy:)

Zastanawiam sie od dluzszego czasu, co bym sobie zjadla (czyli: czego sobie zazyczyc z okazji powrotu:)). Pomyslow mam kilka, ale musze dokonac selekcji - nie da sie zjesc wszystkiego, przynajmniej ja nie potrafie skupic sie na wiecej niz jednej czy dwoch potrawach - dlatego trzeba wybrac cos super_hiper_smacznego. Mati natomiast nie ma w ogole takich problemow, on potrafi jesc chyba wszystko w kazdych ilosciach:)

W kazdym razie: wracamy w poniedzialek, w srode powinnam juz zawitac do Poznania, na weekend natomiast zjezdzam oczywiscie spowrotem do domu. Mati orzekl, ze przez tydzien w ogole sie z Inowroclawia nie ruszy, bedzie naprzemian jadl i cos tam lutowal. Faceci i ich dziwne rozrywki...:))

Aaaa! Wreszcie sobie przypomnialam (bo mam napisac i ciagle zapominam:)). Jesli chodzi o ryby, to lowili je w jakims jeziorze. Ba, to nawet jeziorem podobno nie bylo, ktos sobie chyba zalal kawalek pola woda:)) W kazdym razie zarloczne hamerykanskie ryby tam sie rozprzestrzenily i z zapalem pozeraly wszystkie robale, ktore im sie podsunelo:) Ale podobno ulubionym sposobem lowienia jest tutaj lowienie sumow w rzece, ale golymi rekami! Wchodzi taki rybak sobie do wody, staje po kolana albo po pas i zaczyna grzebac w dnie. Podobno jak sie wypatrzy suma siedzacego (lezacego? przebywajacego? :)) w takiej jamie, to mozna wsunac do niej reke i zlapac potwora za szczeke:)) Ale zrymowalam:) Nie wiem, ile procent amerykanskich rybakow stracilo w wyniku takich polowow dlonie, ale takie informacje z pewnoscia gdzies da sie zdobyc:))

Agata

skomentuj (1)

:) 2005-09-18 04:24:10

Mam do opisania tyle rzeczy, ale czasu ostatnio tak malo!

Po pierwsze: zaczelismy juz druga prace. Jak juz pewnie gdzies tam pisalam, pracujemy w szpitalu;) Nienawidze szpitali, dlatego troche to smieszne, na szczescie nie mamy do czynienia z chorymi:)

Ale praca w szpitalu diametralnie rozni sie od kazdej innej pracy. Przede wszystkim, zrobili nam mase badan. To bylo dnia pierwszego. Drugiego dnia okazalo sie, ze to nie wszystko: na tak zwanym 'Orientation' (czyli takim calodziennym 'spotkanku', na ktorym mowia w zasadzie o wszystkim) pojawila sie Pani_pielegniarka_ze_sroga_mina, ktora postanowila potraktowac nas testem na gruzlice (TB po ichniemu - czyli Tiberculosis). Amerykanie bardzo sie boja gruzlicy, ktora jest uwazana za jedna z grozniejszych (idzie pewnie w parze z AIDS i kilkoma innymi). Co wiecej, Amerykanie sie na gruzlice nie szczepia, dlatego tez owe testy maja u nich sens (sprawdzaja bowiem, czy ktos mial kiedykolwiek kontakt z pratkami gruzlicy). No, ale w Polsce szczepienie jest obowiazkowe, czego nie omieszkalismy Pani_pielegniarce_ze_sroga_mina powiedziec. Pani najpierw bardzo sie zdziwila, a na jej twarzy pojawila sie mina 'skad_u_diabla_wy_sie_tu_wzieliscie_???'. Zostalibysmy pewnikiem uznani za jakies ufo albo cos w tym rodzaju, gdyby nie jedna z nowo przyjetych pielegniarek, ktora stwierdzila, ze w szpitalu, w ktorym wczesniej pracowala tez bylo pelno imigrantow, ktorzy na gruzlice byli szczepieni i ten test zawsze byl pozytywny. Ale wiadomo, jacy sa Amerykanie - procedura to procedura, test musi zostac przeprowadzony, zeby bylo co w papierkach zanotowac. I co z tego, ze jej mowilismy, ze bedzie pozytywny - stwierdzila, ze jakby co, to szpital nam sfinansuje kuracje tabletkowa - profilaktycznie. Dziewieciomiesieczna kuracje tabletkowa. Jasne:))

No, ale nic, bylismy dzielni, pani test zrobila. Test nawiasem mowiac polega na tym, ze wpuszcza sie jakiegos tam pratka gruzlicy pod skore, na przedramieniu. Pozniej (do 72h) odczytuje sie wynik, ktory zalezy od wielkosci babla.

[Nawiasem mowiac, wczoraj, sprzatajac jedno z pomieszczen, w ktorych przechowuje sie lekarstwa, natrafilam na plansze opisujaca wlasnie odczytywanie wyniku na gruzlice - ludzie podzieleni sa na trzy grupy ryzyka. Jezeli na przyklad ktos urodzil sie w Afryce albo Ameryce Poludniowej, jest narkomanem, chorym na AIDS albo dzieckiem - jego babel moze miec srednice 5 albo 10 milimetrow lub wiecej. Dla calej reszty jest to 15mm. Czy to nie traci dyskryminacja? :)) ]

Co do babla, to swedzi cholernie. I o ile pierwszego dnia bylo w miare ok, drugiego prawie nie moglam ruszyc ramieniem. Dotkanc sie nie mozna, podrapac tym bardziej. Szkoda tylko, ze Pani_pielegniarka_ze_sroga_mina nas do tego testu zmusila, gdyby nas posluchala, oszczedzilaby nam troche niewygody. Ale coz...

Jedyny plus calej historii to to, ze wreszcie po jakims dniu dalo sie ja namowic, zeby zamiast tabletek zaaplikowala nam najpierw przeswietlenie. Tak wiec czeka nas jeszcze X-ray :))

Ale wracajac do samego meritum, czyli do pracy: sprzatamy szpital:)) Amerykanie ladnie nazywaja ten zawod 'Housekeeper' ('opiekun domu', 'utrzymujacy dom') i o wiele lepiej to brzmi niz 'sprzataczka' (no i oczywiscie, o wiele lepiej placa:)). Ale z tego co zauwazylam, sprzataczki (i sprzatacze, bo jest kilku facetow) tutaj to najmilsze stworzenia jakie spotkalismy w Ameryce - bardzo zyczliwi, przyjazni, otwarci, zawsze usmiechnieci. Nie umywaja sie nawet do milych pielegniarek, ktore mimo iz dosc mile, maja manie ignorowania telefonow i innych brzeczydelek (swoja droga, nie wiem, jak je to nieustanne 'bipanie' nie wkurza). Szpital, w ktorym pracujemy, jest dobre 11 mil od naszego miejsca zamieszkania. Mielismy jezdzic taksowka, ale juz pierwszego dnia okazalo sie, ze ktos nas podwiezie:) W sumie taksowka pojechalismy tylko ten pierwszy raz - teraz jezdzimy razem z Bethany albo z Linda. Ciagle zastanawiamy sie jak mozna by sie im odwdzieczyc:)

W kazdym razie ludzie sa przemili. Nie wiedzialam, ze najwiecej ciepla i pomocy mozna dostac od ludzi, ktorzy przeciez nie zarabiaja kokosow jak na amerykanskie realia. Ale to oni podwoza nas do pracy i pozniej spowrotem do domu i nie chca nic w zamian. Pierwszego dnia zalapalismy sie na comiesieczny wspolny obiad w pracy - zostalismy poczestowani jedzeniem i przyjeci jak swoi. Mam nadzieje, ze beda nas mile wspominac, kiedy juz wyjedzemy - bo to chyba najlepsi Amerykanie w Ameryce.

Agata

skomentuj (1)

Organizacja pracy. 2005-09-13 00:05:49

Dostalismy nowa prace. W szpitalu, jakies 10 mil od Marion. Bedziemy latac z mopem prawdopodobnie:)

Dzisiaj bylismy podpisac wszelkiego rodzaju papiery. Przeszlismy tez test na narkotyki. Tym razem oprocz sikania do kubeczka pobierali nam jeszcze krew (fuj!). Jeszcze zanim usiadlam, powiedzialam pielegniarce, ze bedzie miala ze mna problemy. Dzielnie przystapila do dziela (z mina: co_mi_tu_bedziesz_mowila_ze_bede_miala_problemy_ja_doswiadczona_pielegniarka_jestem), ale polegla po kilku minutach dlubania mi w jednej rece. Pozniej, po kolejnych kilku minutach, dodlubala sie tam czegos (na szczescie:)) w drugiej. I musze przyznac, ze chociaz zawsze pielegniarki mialy problemy ze znalezieniem u mnie zyly, nigdy to tak nie bolalo. To ja juz milej wspominam ten jeden raz, kiedy to siedzialam przez kilka minut z sama tylko igla wystajaca z reki. Acha, na marginesie, pozdrowienia dla Pani B., ktora robi najlepsze i calkowicie bezbolesne zastrzyki!

Podobno z pobieraniem krwi u Matiego bylo mniej problemow, chociaz musial sobie na chwilke po calym zdarzeniu usiasc. Faceci...:)

Podpisanie z nami umowy wiazalo sie rowniez z odwiedzeniem kliniki, w ktorej to zrobili nam przerozne badania. Na przyklad, dowiedzialam sie, ze waze 54 kilo (chociaz stwierdzilismy z Matim, ze waga musi byc mocno sfatygowana, bo jemu tez wyszlo troche wiecej, niz przypuszczal), co dosc pozytywnym zjawiskiem jest.

Co do ogolnych impresji na temat kliniki... Slyszeliscie moze o tej sieci hoteli w Niemczech? Formula 1 albo cos w tym stylu. No wlasnie. Ta klinika w 100% przypomina Formule 1.

Na starcie trzeba wypelnic kwestionariusz, podac numer Social Security i polisy ubezpieczeniowej. Pozniej kilkanascie minut czekania w poczekalni, az nie pojawi sie pielegniarka. Ona prowadzi pacjenta do ktoregos z pokoi, ktore wygladaja tak samo: biurko, komputer, szafka, kozetka (przykryta papierowym recznikiem a raczej przescieradlem) i dwa krzesla. Kazdy pokoj ma kolo drzwi specjalne oznakowania: widac, czy zostal posprzatany, albo czy ktos w nim aktualnie przebywa. W kazdym razie pielegniarka bada wzrok, wazy, mierzy cisnienie i bada puls. Wpisuje wszystko na karte, wychodzi, po czym przychodzi lekarz (nasze badanie bylo robione pod katem zdolnosci do pracy, zostalismy na przyklad uderzeni mloteczkiem w kolano, osluchani, lekarz patrzyl tez, czy prosto chodzimy), bada, wychodzi, wraca pielegniarka z wypelnionym formularzem. Wszystko jak w zegarku, ale ja poczulam sie troche, jak w jakims zakladzie pracy - tasmowo.

Podoba mi sie jednak to, ze w kazdym gabinecie stoi komputer z baza danych i informacjami o kazdym pacjencie. Az wierzyc sie nie chce, ze w naszej (bo w sumie i mojej i Matiego, co najdziwniejsze;)) przychodni w Jaksicach wszelkie informacje przechowywane sa w szesnastostronicowych zeszytach z kolorowymi okladkami. Mnie to z reszta nie sprawia roznicy, ale widac, o ile latwiejsza prace maja tutejsze pielegniarki.

Agata

skomentuj (1)
Księga Gości